środa, 24 września 2014

Jodie Foster (12 VIII - 1 IX)

Do Chin wjeżdżamy na holu. Wciśnięci pomiędzy rowerami spędzamy kilkadziesiąt minut na "ziemi niczyjej". Podczas gdy nasz przewoźnik za pomocą "taśmy MacGyvera" i płaskiej 14 próbuje zdemontować resztki skrzyni biegów, która rozpadła się przed chwilą, wprawiając starego UAZa w turbulencje i wystrzeliwując 1,5 l. butelka gruszkowego napoju pod sufit. Butelka mija nasze skronie o centymetry, uderzając następnie o sufit i przy okazji doszczętnie niszcząc podsufitowe oświetlenia "rosyjskiej maszyny". Wokół kreci się mongolski pogranicznik, ubrany jak marines z operacji Pustynna burza. Na zewnątrz upal, w środku szklarniowe warunki. Na szczęście w Mongolii zawsze znajdzie sie pomocna dłoń. Nasz UAZ ląduje na holu innego UAZa i tak dwa szczepione UAZy lądują w kolejce dziesiątek innych UAZow, raz jakiś nas ciągnie, raz jedziemy na zderzakach. Kierownice, pedały, inne kości rowerowych szkieletów wbijają się nam w skórę, pozostawiając krwawe ślady. Humorów nie tracimy. Są ciastka, jest coś do picia, próbujemy żartować. Nie przeszkadza nam nawet zimbardowski kontekst granicy - na granicy zawsze czujemy się jak więźniowie, w mundurowych widząc klawiszy. I nie ważne czy mamy lat 6 i przekraczamy mur - wjeżdżając z NRD do RFN, czy lat 31 wjeżdżając z Mongolii do Chin.


Datong. W mrokach czasu tętniący życiem ośrodek handlowy na Jedwabnym Szlaku. Obecnie węglowa stolica Chin. Godzina popołudniowa. Zatłoczony autobus miejski. Suniemy szeroką aleją, wzdłuż rekonstruowanego na długości kilkunastu kilometrów muru, niegdyś otaczającego miasto, pomiędzy stylizowanymi latarniami, pędzącymi trójkołowcami i kolorową rzeką pieszych. Obok nas stoi trzydziestokilkulatek, powiedzmy nasz rówieśnik. Szary T-shirt, krótkie spodenki, niebieskie klapki, reklamówka niezbyt wyładowana, okulary, niewielki, piwny brzuszek, delikatna cera, gładko ogolony, lekko podkręcone rzęsy. Stoi i zerka w naszą stronę. Po chwili zagaduje: "Skąd jesteście?". Uśmiechamy się: "Z Polski". Uśmiechamy się, a tu ni z tego ni z owego, nieświadomi niczego wpadamy w sokratejską sieć utkaną z logiki naszego interlokutora, który z konfucjańskim spokojem prowadzi nas do "swojej prawdy": "Z Polski!... Uwielbiam filmy Polańskiego... "Dziecko Rosemary" to mój ukochany obraz... Znacie Wong Kar-wai'a!... Jego filmy są takie artystyczne, tak jak kino europejskie... Ale wiecie co, ja też lubię komercyjne filmy z Hollywood... np. Jodie Foster... Wiecie, że ona jest lesbijką?". Autobus zatrzymuje się przy jednym z centrów handlowych. Wysiadamy, kolorowa rzeka pieszych powoli nas porywa, uliczny gwar narasta jak symfonia świerszczy. Jeszcze słyszymy załamujący się głos: "Ja jestem gejem. Wiecie, nie jest łatwo być gejem w Chinach". Po chwili nasz rozmówca rozpływa się w tłumie jak bohaterowie "Upadłych aniołów". A my stoimy bezradni, intelektualnie nadzy jak święty turecki - bo co tu powiedzieć, sucho w gębie od węglowego pyłu.
W Chinach czujemy się jak zagubieni członkowie poselstwa Sobieskiego do Verbista albo dualistyczna inkarnacja Wonga Ka Kui, frontmena hongkongijskiej supergrupy Beyond, który w 1993 zginął w czasie japońskiego koncertu, spadając ze sceny (do dziś cześć Chińczyków oskarża Japończyków o zamach, w argumentacji odwołując się do resentymentów). Ludzie patrzą na nas z niedowierzaniem, jakby pozbawieni odruchu mrugania, wpatrują się z szeroko otwartymi oczami. Sprawy nie ułatwia broda Krzyśka, coraz dłuższa, poskręcana jak stary rododendron, z rudym od słońca, "obleśnym" (jak twierdzi Iwka) wąsem "a la Dali". W Indiach nie byłoby sensacji - Krzysiek wygląda jak zakurzony fakir moczący "cztery litery" w świętych wodach Gangesu. Już w Rosji broda przyciągała ciekawskich - pop na rowerze? W Państwie Środka efekt jest jeszcze większy. Broda to domena starców, muzułmanów, pomyleńców i demonów zapełniających chińską mitologię.


Od kilku tygodni Chiny na rowerze przemierza para z San Franciso w ramach projektu "Before it's gone journey". Niestety jest już po ptakach - "it's already gone". Przez stulecia Chiny były jak zamknięty w klatce ptak, który stroszy pióra i cieszy ucho swoim śpiewem. Niedostępny, ale piękny i jedyny w swoim rodzaju. W XIX w. nadciągnęło tsunami - państwo zalało morze "długich nosów", fale opium, sztormy kolejnych rewolucji i wojen, myśli Mao. Ptak stracił pióra, dołączył do grona niemych nielotów, upodobnił się do gryzoni. Zostało niewiele - kilka kolorowych piór unoszących się na wietrze, z daleka wyglądających jak latawce.
Święta jest partia i jedzenie. Partia jest święta, bo tak chce partia. Jedzenie jest święte, bo tak chce lud. Jedzenie pachnie wspaniale, wygląda wspaniale i smakuje jeszcze lepiej. Jakby te 5 tys. lat cywilizacji stało za każdym upieczonym batatem, każdą miską z ciętymi nożem noodlami, gotowanymi w herbacie i sosie sojowym z jajkiem, z zieleniną i wołowiną, każdym daniem z tofu, ziemnymi orzeszkami, ciemnym sosem, trawą cytrynową, czosnkiem, za każdym "gorącym kociołkiem" z korzeniami lotosu, kalarepa, kapusta i gotowanymi kośćmi; każda "buła na parze" z zielona cebulka, z ziemniakami, z kurczakiem, każdym plackiem z kurkumą, za każdym łykiem wódki bambusowej i jaśminowej herbaty. W Chinach życie kreci się wokół jedzenia...i to jest dobre. Nie przeszkadzają nam resztki pod stołami i na ulicach, siorbanie oznaczające aprobatę podniebienia, dym papierosowy, hałas rozmów (Krzyśkowi nie przeszkadza). W Chinach żyjemy, żeby jeść, nie odwrotnie.


Nadciąga nowe - "Ośmiu wspaniałych przeszło przez morze króla smoków". To stare chińskie porzekadło, które można znaleźć na zwitku papieru, rozgryzając księżycowe ciastko z odciśniętym znakiem shou (długowieczność) w święto środka jesieni, znaczy tyle co - w jedności siły. W Chinach mieszka 1,6 miliarda ludzi.

czwartek, 4 września 2014

Nieproporcjonalność (26 VII - 12 VIII)

W głowach, nad którymi niebo wygina się w mongolski łuk, pustka jak w czeskim kościele. Toczymy się w bezkresie. Przed nami kolejna święta dava – przełęcz (najdłuższy podjazd miał 21 km). Klątwa faraonów (w tym przypadku raczej buriackich szamanów) dopadła nas z całą mocą. Sił brak, głód ściska w żołądku, ale na samą myśl o jedzeniu „jedziemy do Rygi”. Jest pięknie, a nas skręca. Podziw, ochy! i achy!, estetyczne uniesienia, a nas zimne poty zalewają. Tonący brzytwy się chwyta... Do sił wyższych próbuje się odwołać, boskiej interwencji wypatruje. A może by tak – jak miejscowi – szerokim gestem rozrzucić monety, kawał mięsa ofiarować, mleko obficie rozlać, zataczając szeroki krąg? Spękaną ziemię wódką skropić? Ostatecznie kartezjański umysł tryumfuje — ratunku szukamy w słowie i medycynie.

Słowo: „Gdy inni są zmęczeni i się poddają. Ja nie. Mój umysł przejmuje władzę nad ciałem. Mówię mu [ciału], że to nie zmęczenie i ono słucha”. (Janis Kuros)

Medycyna: zalewamy robaka choroby „czarnym” Czyngisem (black label, 38%, made in Mongolia).


Mongolia jest nieproporcjonalna. Nieproporcjonalna/y/e jest/są: uroda kobiet, do jej braku wśród mężczyzn; liczba mieszkańców (3 mln) do liczby sztuk bydła (60 mln; 10 mln powyżej dopuszczalnej normy); majątek zgromadzony przez ludzi „przy władzy” do reszty społeczeństwa (7%, w ChRL to 1%, w USA: 0,1%); bogactwo surowcowe (jedne z największych na świecie złóż miedzi i węgla na Gobi) do zysków (państwo dopłaca do sprzedawanego Chinom węgla); straszące szkielety niedokończonych wieżowców w Ułan Bator do jurt, prawie niezmiennych od XIII w.; aspiracje Mongołów do liczby zagranicznych towarów na sklepowych półkach (80% stanowią słoiki z Polski, słodycze z Rosji, zupki z Korei Płd.); uwielbienie dla Temudżyna do krwawego żniwa, jakie po sobie pozostawił. Nieproporcjonalne jest piękno krajobrazu, ze stadami wolnych koni o długich grzywach do mizerii rzeczywistości i braku perspektyw... Mongolia powinna być drugą Argentyną. A stoi na skraju przepaści. Jedyna firma prowadzona przez obcokrajowców, która odniosła sukces, zajmuje się importem jelit do Niemiec, gdzie nabija się je kiełbasą. W ostatnim czasie „jelitowy gigant” z Mongolii zaczął sprowadzać „materiał” z Argentyny (?). Przypomnijmy: w Mongolii jest 60 mln sztuk bydła.

Nasza Mongolia (wykracza daleko poza państwowe granice) to nieskrępowana przestrzeń, zwłaszcza na Gobi („break on through to the other side!”) oraz ludzie. Ludzie, którzy nas gościli, częstowali wodą, ajrakiem i jedzeniem; którzy opowiadali o tradycji, wielkiej rodzinie i wolności. Jak na wiecznych nomadów przystało...

niedziela, 17 sierpnia 2014

Sybir (7 VI - 26 VII) (cz. 2)


Wyrośliśmy (no dobra: Krzysiek wyrósł) na przygodach Ryszarda Klosa, sagach Karola Maya, tandecie spaghetti western i Dr Quinn (Iwona! No dobra: Krzysiek też...). Na szczęście ominęła nas jednak miłość do Dolly Parton. Popkulturowy Dziki Zachód mamy oswojony, gąszcz skojarzeń, setki obrazów, jakbyśmy nie byli potomkami Piasta Kołodzieja, a Siedzącego Byka albo Lucky Luke'a. W drodze do szkoły, przy nodze, zawsze towarzyszył nam Dwie Skarpety. Pokolenie lat 80-tych…

Syberia jawiła się nam jako coś odległego, 9. planeta od Słońca. Katastrofa tunguska, Kołyma, tajga i tundra, kolej, Władywostok, zesłańcy etc. – niby to wszystko wiedzieliśmy, niby coś tam nam dzwoniło, ale było jak laboratoryjne, sterylne przyrządy – bez opakowania, bez kontekstu, który zgubił się na 13 mln km2. 6 tygodni spędzonych na Syberii to czas nieustannego wyobrażania sobie historii, które miały miejsce, pisania książek przygodowych, które nigdy nie trafią do drukarni, układania scenariuszy filmowych, które nigdy nie zostaną zrealizowane…

Żyliśmy pośród pierwszych osadników, szaleńców ciągnących w nieznane w XVII w. – w poszukiwaniu zysku, szczęścia i swojego kawałka ziemi, walczących każdego dnia z siłami przyrody o przetrwanie. Mijaliśmy starowierców, uchodzących przed carskim batem w XVIII w., którzy żegnali się dwoma palcami na nasz widok, z błędnym wzrokiem i długimi brodami, zwisającymi po pas. W XIX w. ustępowaliśmy drogi po brzegi wyładowanym powozom skazanych dekabrystów, którzy wieźli majątek własny oraz własne żony (w prostych sukniach w stylu empire, wprost z paryskich pracowni). W miastach przeciskaliśmy się przez kupców, z zegarkami na złotych dewizkach, wyginających się w parabole, handlujących sobolimi skórami, miodem, drewnem z dalekich lasów północy oraz porcelaną, herbatą i jedwabiami z Chin, docierającymi tu przez Kiachtę. Nieopodal rzeki Chara-Murin w 1866 r., w chmurze pyłu i piachu, widzieliśmy w oddali wychudłego Celińskiego i Arcimowicza, wydających ostatnie rozkazy kosyniera i strzelca – wiecznym powstańcom, którzy nigdy nie dotarli do chińskiej granicy. Pod koniec stulecia węgla i pary w Irkucku, w plątaninie ciemnych drewnianych dwupiętrowych domów, zapadając się po kostki w błocie, padliśmy ofiarą nożowników i w kartotekach zostaliśmy odnotowani odpowiednio jako: 198. (Iwona) i 199. (Krzysiek) ofiara morderstwa w deszczowym wrześniu; umierając słyszeliśmy gwar dobiegający z pobliskiego kasyna. W Tomsku w latach 50. ubiegłego stulecia siedzieliśmy na pryczach aresztu NKWD, razem z trzydziestoma innymi: nauczycielami, lekarzami, urzędnikami administracji, w celi nie większej niż 8 m2, za ciężkimi, kilkunastocentymetrowymi stalowymi drzwiami, w ciemności, ciszy i fetorze. Na półwyspie Szamanka (choć wtedy po prostu bez imienia), daleko wcinającym się w Bajkał, siedzieliśmy z nogami dyndającymi nad urwiskiem czwartego dnia stworzenia, kiedy mistrz Roerich rozlewał tablice Mendelejewa na swoich płótnach i wyświetlał kolejne dekoracje do sztuki pt. "Raj", czekając na milczącą aprobatę reżysera – Boga Ojca.

Przyzwyczailiśmy się do rosyjskich smaków, ale ciągle poszukujemy tych wyjątkowych. W ostatnim czasie na naszych skromnych ucztach królowała ryba, a właściwie dwie – gorbusza z Morza Ochockiego i bajkalski omul. Purpurowe, soczyste i pełne aromatu mięso tej pierwszej fantastycznie komponowało się ze świeżym, krojonym w słupki ogórkiem i mocnym, ciemnym piwem "Ochota". Na omula zasadzaliśmy się od dawna; wyjątkowy, świeży, dostępny tylko wzdłuż wybrzeża Jeziora, wywoływał u nas odruch Pawłowa, zanim go jeszcze skosztowaliśmy. Delikatne, chude, białe i rozpadające się w palcach mięso zestawiliśmy z oliwkami nadziewanymi cytryną i odrobiną syberyjskiego samogonu, pędzonego na nasionach z szyszek Pinus Sibirica.

Wyruszając z Polski wiedzieliśmy, że będziemy grzeszyć i to grzeszyć ciężko. Miejcie nas w swojej opiece! Będąc w Buriacji, nie mogliśmy nie skosztować bóz (mongolskie pozy) – „pierogów z gotowanym mięsem”. Te najlepsze znaleźliśmy w Ułan Ude, gdzie w starych drewnianych domach, nieopodal katedry, działają rodzinne interesy: niewielkie "bozowe stołówki" dla lokalnych smakoszy. Bozy kształtem przypominają jurty, z otworem „wentylacyjnym” na szczycie. Należy wziąć je w dwa palce, pochylić się nad talerzem i wysiorbać „rosół” znajdujący się wewnątrz; następnie można przystąpić do konsumpcji, co jakiś czas popijając herbatą z mlekiem. A to dopiero początek! Ruszamy przecież na podbój azjatyckiej kuchni!

Obojętność.
Większość ludzi nie zwraca na nas uwagi. Dla części jesteśmy „małpami w zoo”, tylko, że bez zoo. Przyklejeni do szyb swoich samochodów, przyglądają się nam dokładnie, zostawiając odciśnięte policzki i usta; albo stoją przy drodze jak słupy soli, gapiąc się, dopóki nie znikniemy w sinej dali. Dla części jesteśmy robactwem, krakersami (tak Rosjanie nazywają rowerzystów), niepotrzebnie wprowadzającymi zamieszanie, utrudniającymi komunikację, spowalniającymi pęd do...Na tych nie zwracamy uwagi, jedynie odnotowujemy ich istnienie… (szkiełko i oko).

Margines.
(Bardzo) nieliczni, rozpolitykowani, zatruci uprzedzeniami, widzą w nas przedstawicieli obcej agentury, zagrażającej Federacji. Zimna wojna trwa. Patrzą nieufnie „spode łba”, rzucając za nami: „diadi Wołodi to się nie spodoba!” (Litości! Ten człowiek ma 62 lata i mocuje się z niedźwiedziami w górnym biegu Leny!); „Jeśli wy Amerykańce, to kwasu wam nie sprzedam”; „W Rosji spokojna, a Ukraina i tak będzie nasza”; „Uważajcie, na końcu wsi czekają na was Ukraińscy faszyści!”; „Kto wam za to płaci?”. Na tych nie zwracamy uwagi, jedynie odnotowujemy ich istnienie… (szkiełko i oko).

Sprzymierzeńcy.
Tych spotykamy całkiem sporo. Oglądają rowery z zainteresowaniem, pytają, czego potrzeba, dociekają: „Ad kuda? Kuda?”; „Ile kilometrów?”; „Jak długo w podroży?”; „Jakie plany?”; „Kim jesteście?”; „Co robicie?”. Przepadamy za rozstaniami z tymi przypadkowymi sprzymierzeńcami w naszej eskapadzie! Na koniec zawsze pada: „No dawaj riebiata” (riebiata?); „Wot molodoc!”; „Szczęśliwej puti!”; „Udacia wam!”. Niektórzy dopingują nas pozawerbalnie (zwłaszcza motocykliści), robią znak „Mazowieckiego”, unoszą kciuk w cesarskim geście – „lajkuj nas na lajfie”, składają palce w manu cornuta – przez nas gest ten określany jako behemocik („Behemocik” – również rosyjska sieć sklepów z akcesoriami dla dzieci).

Dwa przelotne spotkania zapamiętamy szczególnie: sędziwą babcię w kanarkowym żakiecie i z mieniącym się naszyjnikiem, która wygrzebując się z pola kukurydzy, uniosła zaciśniętą pieść, uśmiechnęła się od ucha do ucha (dosłownie) i posłała za nami: „Gieroje! No dawaj molodcy!" oraz Nikolaja… (serce).

W roku 1581 Kozak Jermak Timofiejewicz, wraz z oddziałem liczącym ośmiuset najemników, rozpoczyna swoją trzyletnią błyskotliwą kampanię, której celem jest podbicie Syberii i wyrwanie jej z rąk tatarskich. I choć sam ginie w roku 1583 w czasie potyczki z chanem Kuczumą nad brzegiem Irtyszu, to Sybir dostaje się w orbitę wpływów moskiewskich, a tym samym rozpoczyna się trwający do dzisiaj okres eksploracji i eksploatacji tego unikalnego obszaru. Jermak zostaje bohaterem, wielkim zdobywcą, sławionym w pieśniach i krążących opowieściach, któremu stawia się pomniki trwalsze niż ze spiżu, bo wykute w pamięci. Syberia pełna jest Jermaka…

Nikolaj, lat około 65, stolarz, wychowany nad rzeką Amur, pamięta jak w czasach Chruszczowa Chińczycy przepływali przez rzekę na zakupy. Poznajemy Nikolaja, chowając się przed 40-stopniowym upałem pod dachem werandy, spalonej w zeszłym roku „gostyniny”. Nikolaj, widząc nas z tartaku, w którym pracuje, przyszedł zapytać, czy czegoś nie potrzebujemy, czy może jakoś pomóc. Gawędzimy dłuższą chwilę, chętnie zostalibyśmy na „czaj”, ale trzeba nam jechać. Na odchodne słyszymy: „Jesteście jak Jermak!”.

Zaglądamy Rossiji pod pierzynę, a tam kobieta jak z obrazów Kokoschki. Nie wiemy, czy piękna czy brzydka, ale intryguje i zapomnieć o sobie nie pozwala…

wtorek, 5 sierpnia 2014

Sybir (7 VI - 26 VII) (cz. 1)

W europejskiej części Rosji kluczymy, wybieramy lokalne drogi z dala od federalnych, oznaczonych jako "M". Poświęcamy się dogłębnej lekturze opasłego Atlasu Drogowego Rosji 2014, kreśląc palcem po mapie kolejne odcinki. Za Uralem rzecz się komplikuje. Syberię wzdłuż przecina jedna droga, niegdyś stary trakt ciągnący się od osady do osady, według którego, później w XIX w., kładziono podkłady pod Kolej Transsyberyjską. Niezależnie, czy podróż rozpoczyna się w Czelabińsku, czy Jekaterynburgu, żeby dotrzeć na wybrzeże Oceanu Spokojnego ("Cichego") i stanąć w porcie we Władywostoku, jedzie się przez Omsk, Nowosybirsk, Krasnojarsk, Irkuck, Ułan Ude, Chabarowsk - bagatela 10 tys. km. 

Czy chcemy czy nie, wyjścia nie mamy, dołączamy do karawany ciągnącej na wschód. Karawany nieustannie płynącej, jakby towary nigdy się nie kończyły, a ludzkie potrzeby nigdy nie były zaspokojone. Pośród samochodów osobowych z każdym dniem widzimy coraz więcej nieznanych nam "anglików," z kierownicami po prawej stronie, sprowadzanych z kraju kwitnącej wiśni, Chin i Korei Południowej (w okolicach Ułan Ude stanowić będą one 80% pojazdów); autobusów krótko i dalekobieżnych, a przede wszystkim tysiące dwunastokołowców z kolorowymi naczepami (z demobilu), reklamującymi firmy i produkty z UE. Przygarbieni nad kierownicami naszych jednośladów, wyglądamy jak niedożywione, skarłowaciałe dromadery, objuczone po obu stronach czarnymi, zlewającymi się ze świeżym asfaltem sakwami. Nie ma tego dużo, razem około 35-40 kg. I dobrze, bo jak mawia polska królowa wybiegów Ania/Anja: "Less is more". Do tego dochodzi jeszcze: jedzenie; 5-litrowa bańka wody; suszące się rzeczy: ręcznik, kostiumy kąpielowe, drewniana łyżka, to co zmokło, a nie wyschło; śmieci (didaskalia: postulujemy oddanie Federacji pod zarząd Szwecji do czasu rozwiązania największej z ich bolączek - śmieci!; Rosjanie "musorzą" wszędzie - najlepiej na łonie natury, w lesie, nad jeziorem, na łące, nad rzeką). 

Droga jest nudna - kilkaset kilometrów brzezin, później kilkaset kilometrów stepów, później kilkaset kilometrów "niby tajgi" (nam to bardziej przypomina lasy milickie), trochę bagnisk, w okolicach dużych miast pola. Dla odmiany: kilkaset kilometrów brzezin, później kilkaset kilometrów stepów, później kilkaset kilometrów "niby tajgi", trochę bagnisk, w okolicach dużych miast pola. Z czasem robi się nieco ciekawiej: kilkaset kilometrów brzezin, kilkaset kilometrów "niby tajgi", kilkaset kilometrów brzezin, kilkaset kilometrów "niby tajgi", w okolicach większych miast pola. Później brzeziny mieszają się z "niby tajgą" i jest tylko brzezinanibytajga, brzezinanibytajga, brzezinanibytajga, brzezinanibytajga. Słychać stukanie kolei...

Co 30-50 km "CTO" (Stojanki), czyli parkingi ze stacjami benzynowymi, przydrożnymi motelami, sklepami, obowiązkowym "szynomontażem" (wulkanizacja), "Kafe" - gdzie można coś zjeść, czegoś się napić. Czasami jest tylko stacja benzynowa, albo "Kafe", albo "szynomontaż". Czujemy się jak postnomadzi, ciągnący od jednej do drugiej "CTO-oazy", od jednego do drugiego przystanku, na którym można odetchnąć. Stawiamy nasz namiot wieczorem, żeby zwinąć obozowisko rano. Parzymy herbatę, myjemy się, gotujemy, czytamy, nie pozostawiamy po sobie śladu, poza wydeptanymi w trawie agroglifami. Takich jak my są tysiące w każdym zakątku, w każdej dziurze, na każdej drodze. Mijamy się. 

Jegor (okolice Omska), Rosjanin, dwadzieścia kilka lat; ruszył niedawno, zamierza kręcić przez dwa lata - Europa, Afryka, a później się zobaczy; znaki szczególne: rower obwieszony maskotkami z włóczki, nie używa namiotu.

Anna i Rudolf, okolice Nowosybirska, Austriacy, małżeństwo, oboje po siedemdziesiątce; w drodze z Pekinu do Innsbrucka; znaki szczególne: wąs Rudolfa, osiemnastoletnie nogi Anny.

Iwan, Jelena i Dawid, Jezioro Bajkał, Serbowie; Iwan - po czterdziestce, Jelena około trzydziestki, Dawid ma 3 lata; w podróży od 5 m-cy, z Malezji do Serbii; znaki szczególne: na dwóch przyczepkach (poza Dawidem) wiozą ze sobą chyba wszystko, co znajdą, dostaną, etc. - np. styropianową podłogę pod namiot (???). 

Nic nie musimy. Nigdzie się nie śpieszymy. Nikt nie czeka. Nic do załatwienia. Wolne głowy. Myśli, wspomnienia, marzenia, odczuwanie - jak w prozie Joyce'a i Becketta - przepływają swobodnie, z przeszłości w przyszłość, ze światów alternatywnych ku piekącemu ukąszeniu komara. Jesteśmy jak anachoreci w ruchu, zeszliśmy z drzew, wygramoliliśmy się z ciemnych grot i pustelni, i w narastającym zgiełku syberyjskiej "autostrady" poddajemy nasze psyche wiwisekcji. 

W wolnych chwilach zajmuje nas przydrożna archeologia. Próbujemy wyłapać co cenniejsze artefakty. Pośród starych butów (dominują męskie klapki a la "Kubot", do rzadkości należy para; nie brak również damskich szpilek i dziecięcych sandałów - te przerażają nas nie na żarty), części samochodowych (A. Słodowy, z tego co przy rosyjskich drogach, skleciłby replikę Wostok 1), opon (ze względu na ich liczbę stanowią osobną kategorię, wyłączoną z "części samochodowych"), zużytych pieluch, trucheł zwierząt, butelek z moczem (najprawdopodobniej pozostałość ostatniej zimy) i tych całkiem pustych, szukamy skarbów. Efekty może nie są imponujące, ale wiara w nas nie słabnie, każdy czeka na swoją "wydziaraną jak z bestiariusza Księżniczkę z Ukok". Póki co: 5 kluczy płaskich (na uwagę zasługuje chromowana 7-ka i solidna "dycha"), niebieski ekspander z powykręcanymi hakami (do naprawy), rozciągnięty czerwony ekspander, okulary słoneczne (po przymiarkach odrzucone), paczka fajek marki Bond (pełna), sprawna zapalniczka...

Na Syberii, tam "gdzie car daleko, a Bóg wysoko", zrozumieliśmy, że mamy rację - zmierzamy donikąd... 
Początek lat 60., "era" Chruszczowa, Oblast Kemerowska. Górnik (nazwijmy go Wasilij) wraca do domu po szychcie. Wasilij jest stachanowcem, odznaczanym w ostatnich latach. Wasilij wierzy w I Sekretarza, Partię, Komunizm. Tak więc Wasilij wraca do domu, na zewnątrz -30 st. C, suche powietrze, cisza, zatyka w płucach, okolica zasnuta "tumanem" z okolicznych fabryk. Ściąga walonki, zrzuca waciankę, idzie do kuchni. W kuchni czeka na niego żona (powiedzmy Nadieżda). Na stole, z głębokiego talerza z przedwojennej porcelany z petersburskich zakładów "Lomonosowa" (nikt nie wie skąd się wziął w starym drewnianym domostwie daleko na wschodzie), paruje solanka, w stakanie czeka kefir. Wasilij je, Nadieżda pyta: "Jak w pracy?"; Wasilij: "Było spotkanie"; Nadieżda: "Z kim?"; Wasilij: "Z Przewodniczącym"; Nadieżda: "I co powiedział?"; Wasilij: "Powiedział, ze jesteśmy coraz bliżej, że założone cele widać już na horyzoncie"; Nadieżda: "A co to jest ten horyzont?"; Wasilij: "duma!", przeszukuje zakurzone archiwum szkolnej pamięci; trwa to dłuższą chwilę... "Horyzont - wyimaginowana linia między niebem a ziemią; oddala się, gdy próbujemy się do niej zbliżyć. Czy jakoś tak..."

środa, 16 lipca 2014

Umarł król (24 V - 6 VI) (cz. 2)

"Cerkiew na krwi" zbudowana na początku XXI w. stoi w centrum Jekaterynburga, na miejscu w którym w nocy z 16 na 17 VII 1918 r. bolszewicki pluton egzekucyjny rozstrzelał cara, carycę, cztery carówny, schorowanego carewicza Aleksego, trzech służących i lekarza. Dla "białych" i Cerkwi ostatni Romanowowie byli święci na długo przed ostateczną decyzją Kościoła w 1991 r. Skończyło się Imperium, "umarł król", duchowni zeszli do podziemia. Dziś "Chram na krowi" jest miejscem pielgrzymek turystów, wiernych, ciekawskich, młodych par. W sobotnie popołudnie w okolicach świątyni i niedalekiego bulwaru ciągnącego się wzdłuż zatoki utworzonej przez rzekę Iset spotykamy - w asyście fotografa i kamerzysty (zawsze), świadków, gości weselnych -  kilkanaście par wstępujących w "święty związek małżeński". Miny mają roześmiane albo nietęgie; zmęczenie, stres wykwitają spod makijażu i przybranych wyrazów twarzy (pt. najszczęśliwszy człowiek na ziemi). Goście rozpoczynają świętowanie na chodniku przed kościołem - piją, jedzą, tańczą. W tym czasie młodzi otrzymują błogosławieństwo, palą świece, licząc na wstawiennictwo świętej rodziny. Za chwilę wsiądą do udekorowanych w barwach lilaróż-wodna pistacja limuzyn i pojadą na imprezę - głośno i z przytupem!

Cerkiew usytuowana jest na wzniesieniu i wygląda jak wiele innych. Może w środku większy przepych, więcej blasku i marmuru, turystycznych kramów. W jednym z bocznych korytarzy, odchodzących od ikonostasu, znajduje się stołówka dla bezdomnych i niewielka wystawa poświęcona świętym. Kolejne antyramy świętość mają potwierdzać - Mikołaj II jako Aleksander Newski (?), kochający mąż i ojciec, szczęśliwa rodzina, dobroczyńcy ludu, etc. Pozornie wszystko się zgadza, w szczególe nic - o życiu wszystko (laurkowo), o śmierci cisza. Rodzina carska jadła obiad i wnieobowstąpiła, służba spakowała walizki i odeszła, rodzinny lekarz zaginął. Pozostała parująca waza z zupą. Pluton egzekucyjny nie opróżnił magazynków, kule nie odbijały się od ścian ciemnej i brudnej piwnicy Ipatiewa, carówny nie były dobijane bagnetami, a wszyscy nie zostali wrzuceni do beczek z kwasem kilka kilometrów za miastem. Dla porządku - 200 m od cerkwi biegnie ulica Lenina, miasto znajduje się w oblasti Swierdłowskiej (Swierdłow - prawa ręka Iljicza, odpowiedzialny za egzekucję), a na rogu sprzedaje się lody CCCP. Nic nowego pod słońcem. Pamięć zbiorowa to Cerber na służbie miłościwie panujących (w Rosji od końca XV w. wciąż rządzą Ci sami, zainfekowani ideą wielkiej Matki Rassij carycy Trzeciego Rzymu, karmiącej kolejne pokolenia złudzeniami). Dziś Cerkiew znów idzie pod rękę z władzą, jak przed stu laty, jak przez wieki. "Le roi est mort, vive le roi!".


Jesteśmy uzależnieni. W "ciągu" myślimy tylko o następnym kilometrze, następnym wzniesieniu do pokonania, następnej prostej do przejechania. W "ciągu" jest radość, moc, euforia i świat do podbicia ("co będziemy jutro robić, Kochanie? "To co zawsze - podbijać świat!"). W "ciągu" jesteśmy Gagarinami, Jaszynami, Wysockimi. Nie liczy się nic poza naszą trucizną. Na detoksie, w dni, które odpoczywamy - cierpimy. Jesteśmy apatyczni, a zarazem wybuchowi i przewrażliwieni, irytują nas drobiazgi, np. niemożność znalezienia szczoteczki do zębów. W taki czas najlepiej jakby świat był z klocków lego - uporządkowany, przewidywalny - jak biurko perfekcyjnej sekretarki - cążki po jednej, pomadka po drugiej. A nie jest, na detoksie panuje niepłodny Chaos, a po nim nic tylko zniszczenie, od choćby przypadkowo zdemolowana łazienka w Tiumeniu (sedes po prawdzie). Gdy nie bierzemy, drętwieją nam palce u rąk, boli kręgosłup w odcinku krzyżowym, nogi odmawiają posłuszeństwa - w ogóle chodzenie sprawia trudność, pokracznie stawiamy stopy, jakbyśmy nieustannie odgrywali ministerstwo głupich kroków. W nocy przewracamy się z boku na bok, męczeni przez mary/komary (jedno i drugie krwi upuszcza), w półśnie próbując dotrwać poranka. Gdyby jeszcze nasze uzależnienie było z tych, które leczy się na trasie Moskwa-Pietuszki, popijąc 'łzy komsomołki", na długo pozostawiające absmak wody kolońskiej "Las". Ale nie! Nam trzeba kilkudziesięciu przepedałowanych kilometrów - ciało odzyskuje witalność, a głowa spokój. Mienia zawód Iwona. Mienia zawód Krzysiek. Jesteśmy velkoholikami.

Panie na lewo, panowie na prawo. Kółko i krzyżyk. "W Rosji świat nie stanął na głowie". Lokalne drapieżniki skrzętnie podzieliły terytorium, gender się nie przemknie (z rzadka widziany w ośrodkach miejskich). Wygłodniałe niedźwiedzie, nienasycone wilki ustaliły linie demarkacyjne, nowym wstęp wzbroniony. Kobiety noszą długie włosy, udowadniają, że mają długie nogi i że będą piękne, na długo. Moda jak z żurnala, fitnessy i pilatesy, seksapil na pokaz. Mężczyźni gładko ogoleni, odświętnie przystrzyżeni - na krótko, uszy odsłonięte. Jeżdżą 'balszoj maszynami" (im maszyna bardziej balszaja, tym mężczyzna bardziej haroszy), moda jak z sieciówek, zerwana z manekinów. Męskość wykuwają w wojsku, na joggingach i w siłowniach, w fightclubach (od czasu Tylera Durdena i rozpadu osobowości Edwarda Nortona - termin nieprzetłumaczalny, a wszystko mówiący), których reklamy odnajdujemy w kolejnych miastach.

Ten w Ufie mieści się w podziemiach bloku z lat 80. stojącego gdzieś w centrum (w Ufie wszystko jest gdzieś, dokładnie gdzie - nikt nie wie). Na trawniku przed wejściem stoi 30. kilku meżczyzn w wieku 18-31. Są wysocy i niscy, krępi i chude szkapy, łysi i zarośnięci (tych prawie nie ma), flegmatycy i narwańcy, etniczni "Ruscy", Tatarzy, Baszkirzy. Do piwnicy, przerobionej na salę ćwiczeń, schodzi się po kilku schodach, dalej wąskie przejście, prysznice i toalety po prawej, na lewo ring, a właściwie jego wyobrażenie. Niewysoką salę z jednej strony ogranicza ściana luster, z drugiej ciemny korytarz zastawiony wiadrami z farbą i kartonami. Dudni Rammstein, unosi się testosteron. Wszyscy się rozgrzewają i to dosłownie - rozgrzane miejsca mniej bolą, przynajmniej dopóki nie stracą ciepła. Rozcierają wiec policzki, uszy, łuki brwiowe. Zasady są jasno określone: walczy się w parach, walczących otacza szczelny krąg niewalczących, nie można dusić gołymi rękami, atakować kregosłupa, wtykać palców w oczy, etc.; przegrywa ten, kto się podda; każdy kto wchodzi musi walczyć. Jedna para rękawic bez palców, nasiąknięta potem, wędruje z rąk do rąk po każdej walce - totem z zapisaną w skórze sekwencją zwycięskich ciosów, chłopców zmieniających w mężczyzn, podnoszący na duchu, dodający odwagi. Ringowe wiarusy walczą na gołe pięści. Walki trwają sekundy albo kilka minut, jest głośno - nie ustają krzyki, doping, komentarze zmieszane z ciężkim brzmieniem. Na koniec wystarczy przetrzeć podłogę. Wiadro z mopem cały czas stoi w jednym z rogów fightclubu...

piątek, 27 czerwca 2014

Drogi nieoczywiste (24 V - 6 VI) (cz. 1)

Wstajemy. Jemy śniadanie. Zwijamy obozowisko. Kręcimy, kręcimy. Nuda. Nic się nie dzieje. Kręcimy. Nie dzieje się nic. Czas płynie. Mija południe. Lecą kilometry. Czekamy. Czekamy na wieczór. Wtedy słońce smaga nas z ukosa albo zza pleców (nieustannie jesteśmy zorientowani) wydłużając cienie i podwajając nasz skromny peleton. Wtedy rodzą się "skrzydlate myśli", samochody zapadają się pod ziemię i rozpościerają się kojące widoki. Wtedy, ale tylko wtedy jesteśmy sułtanami "asfaltowych bezdroży". W inny czas spadamy ze szczytów poetyki w dylatacje rzeczywistości nazywając siebie chomikami. Kręcimy, kręcimy. Jeśli przyjdzie nam grać w karty w Szanghaju, Sajgonie albo innym Bangkoku to tylko wieczorem. Przed zmierzchem karta nam idzie.

Wybieramy drogi nieoczywiste bo: "będzie ładnie", "mniej samochodów", "przecież nigdzie nam się nie śpieszy" - odwrotnie "przyszybcimy", "być w Rosji i przez Ural się nie przebić", "200 km dalej jest jakieś muzeum - piszą, że ciekawe". Wybieramy drogi nieoczywiste i skutki są różne:

a) Neftekamsk. Jest godzina 20:00, do zmroku pozostało jakieś 90 min. Mkniemy w dół, chcemy dojechać do promu i przepłynąć na drugą stronę rzeki Kamy, liczący ponad 1800 km lewy dopływ Wołgi, meandrujący głównie w Rep. Udmurcji. Z wyliczeń wynika, że zostało nam około 25 km. Nad brzegiem lądujemy o 20:05, nic się nie zgadza, ważne, że prom jest. Załadunek czekających samochodów trwa około 15 min, po kolejnych 10 jesteśmy na drugim brzegu. Spodziewamy się szerokiej asfaltowej drogi do Neftkamska, zamierzamy przejechać jeszcze 5-7 km i jak zwykle (zazwyczaj) rozbić się w urokliwym miejscu na łonie natury. Na drugim brzegu droga się urywa po dwóch kilometrach, zastępuje ją trakt, po części z drobnych kamieni, po części z piachu i tak źle i tak niedobrze - koła grzęzną nieustająco. Trakt rozdziela rozlewiska Kamy i palące się po obu jego stronach śmieci. Nieliczne samochody wzbijają szczelną zasłonę dymną z ciężkiego, białego pyłu. Widoczność nie przekracza kilkunastu metrów. Możemy rozbić się albo na bagnie albo pomiędzy kursującymi automobilami, w obu przypadkach dość znacznie ograniczając szanse przeżycia do rana. Pozostaje jechać. Około 23:15 docieramy do Neftekamska - naftowego centrum regionu. Jest noc. Wjeżdżamy od strony przemysłowych kombinatów z których strzelają, jakby na oślep, niebieskie, sztuczne światła, drażniące oczy. Terapia Alexa Delarge'a. Nieudolnie próbujemy omijać jeziora dziur, wpasowując się w nocny taniec mechanicznych kijanek - Ład, japończyków, Moskiwczy, dwunastokołowców. Ani żywej duszy, tylko psy, dzikie kundle wyrwane z Amores perros, z sierściami jak stare dywany - wyżarte przez mole, z dziurami wypalonymi od kiepów, szczerzą kły. Robi się zimno, naftowy kombinat nie ma końca. Jest 1:00, rozbijamy się zziębnięci i mokrzy od wysokiej trawy, w powietrzu unosi się zapach ropy i miarowe stukanie kiwonu.

b) Snieżyńsk. Do Jekaterynburga mamy około 140 km. Ruszamy rankiem znad jeziora Kasli, żeby ominąć przelotówkę M5 z Czelabińska, wybieramy dłuższą, boczną drogę przez Snieżyńsk. Pogoda wyborna, humory dopisują. Po 20 km dojeżdżamy do zasieków. Pasażerowie z samochodów i autobusów wysiadają przed rzędami szlabanów oraz pasem siatek i drutów kolczastych. Karnie maszerują w stronę szarego budynku-pudełka, w którym odbywa się odprawa. Na wieżyczkach strażniczych i pomiędzy zasiekami przechadzają się wojskowi z ostrą bronią, niczym halabardnicy na miejskich murach. Patrzymy po sobie, dziwimy się, słyszeliśmy o zamkniętych miastach, ale tu i teraz - "no bez jaj!". Jak zwykle w takich sytuacjach (płatne przejazdy, granica, przeprawy przez rzeki, zwodzone mosty) jeden ze szlabanów otwiera się tylko dla nas. Patrzymy po sobie, uśmiechamy się, wzbudzamy sympatię (czasami), czekamy jeszcze na oklaski i życzenia powodzenia - ruszamy. Za sobą słyszymy jeszcze: "Dokąd?", już w pędzie odpowiadamy: "W Bajkal!". Akcja-reakcja-akcja. Krzyki za naszymi plecami, lekko uniesione pistolety maszynowe w typie PP-2000: "Szto wy diełajetie!!! Stać". Krótka, rzeczowa rozmowa z wyższym stopniem, rozwiewa wątpliwości - trzeba się wycofać. Zamknięte miasta, są w istocie zamknięte. Tym razem kosztowało nas to tylko 40 km. Po czasie zasięgamy języka. Ludzie nabierają wody w usta. "Snieżynsk - miasto znane jako Czelabińsk-70, zostało założone w 1957 r. jako siostrzany kompleks radzieckiego programu nuklearnego w Saratowie. Obecnie nadal funkcjonuje jako drugie centrum programu nuklearnego, pozostając w gestii Federalnej Agencji Energii Atomowej Rosatom. "

c) Ural (okolice wsi starowierców Byngi). Po prawie dwóch miesiącach brawury nie brakuje, ułańska fantazja szarżuje. Wybieramy drogę - w legendzie Atlasu (atlas drogowy Rosji 2014 - dla nas po prostu Atlas) na szarym końcu, brązowa nitka, włos, który przykleił się do mapy. W takich przypadkach wiemy, że lepiej się upewnić - czy droga jest czy jej nie ma. Pytamy miejscowych - miejscowi odpowiadają: " Droga jest, ale nie przejedziecie. Samo błoto i komary, nie przejedziecie". Przekładamy na nasze: "Jest droga, czyli przejedziemy". Po 50 m mamy szczelnie zaklejone hamulce, po 100 m koła przestają się obracać. Wyciągamy śrubokręt, wydłubujemy błoto, próbujemy jechać ze śrubokrętem w zębach ("przecież nie będziemy się wracać"). Za nami drepce pies, powsinoga, nad nami sine niebo, przed nami śnieży obraz, wkraczamy w krainę komarów, innego życia brak...Do autochtonów: "Przejechaliśmy"!.

Podróżując rowerem przez Rosję, szybko zrozumieliśmy, że stajemy się jej zakładnikami. Tysiąc kilometrów w tą czy tamtą stronę nie robi różnicy, nie można po prostu wyjechać, przekroczyć granicy, oddalić się w jedynie sobie znanym kierunku, powiedzieć - "Daswidania". Z wolna stajemy się ofiarami syndromu sztokholmskiego, zwłaszcza w obszarze niezmąconej (chyba, że faktem sprzedania marki Chevroletowi) miłości do Łady Nivy (przede wszystkim Iwka) i "pieczeni", czyli wszystkiego co słodkie i bez czego nie sposób wypić filiżanki (w naszym przypadku stalowy, brązowy kubek z Olkusza) czaju. Prawdziwe "pieczenie" sprzedaje się na wagę, w foliowych, mocnych workach, wiązanych pewną ręką; są świeże i produkowane lokalnie - w odległości do 300-500 km; należy zjeść od razu całą porcję; mogą być kruche, z nadzieniem, w czekoladzie, w rąby, koła, trójkąty, gwiazdy i koniczyny, mogą być rurkami z kremem albo kocimi oczkami albo półksiężycami z makiem; rodzajów są dziesiątki; pewne jest jedno - w sklepie może nie być chleba, ani ziemniaków, ani wódki, ale muszą być "pieczenie". 

poniedziałek, 26 maja 2014

Sezon latajacego "tałatajstwa" | The season of the flying “riffraff” (10 V - 24 V)

Po prawie trzech tygodniach w Federacji generalizujemy, szukamy szerszej perspektywy, z detali układamy domek z kart – nasza Rosję.

Dierewnia (wieś): Nie może być inaczej jest drewniana (choć zdarzają się wyjątki np. Oblast Kaluska), w kolorze kobaltu, złotych mleczy, turkusu, swieżej trawy, z bogato zdobionymi obramowaniami okien. Rozciągnięta wzdłuż jednej, dwóch głównych ulic (traktów). Z ogólnodostępnymi, często ręką domorosłego artysty malowanymi studniami, z pijanymi płotami, nadpobudliwymi psami, przydomowymi ogródkami, pasącymi sie kozami, owcami. Jedne wsie to zapadłe, umierające osady, które zaraz staną się “ghost townami” (w ostatniej dekadzie w Rosji opustoszało 7 tyś. miejscowości) z czasem zaanektowanymi przez rozwijającą się w pustce przyrodę. Inne to mrowiska, z centrum sklepem (magazinem), z biegającymi dziećmi i siedzącymi przed domami babuszkami, z zawiązanymi chustami, ale raczej nie w stylu “pin-up girl”, siedzącymi: na schodach, ławkach, oponach, fotelach samochodowych, zydlach, prostych krzesłach z pokrzywionymi oparciami.

Gorod (miasto; nie Moskwa, nie Sankt Petersburg, nie Kazań, ale w europejskiej częsci, frontowe, pamiętające Wermaht). Zawsze te same elementy: główny prospekt Lenina (ewentualnie Dzierżyńskiego, Marksa, 9 maja, czerwonoarmistów); główny plac z Leninem w centrum miejskiego kosmosu; pozostałości kremla – trochę murów, trochę baszt, wiele hałasu o nic; sobor z zachwycającym ikonostasem, przy którym zachodnioeuopejski barok to wesele ubogiego kuzyna; kilka cerkwi w których hula wiatr; stalinowskie kamienice; niekończące się blokowiska-“kroliczoki”; hektary parków; kapitalizm i socrealizm, sakralizm i uliczny chaos, miejski gwar. Im większy gorod, tym wyższy poziom westernizacji, im więcej dziengów tym bardziej jak wszędzie.

Nie ważne czy miasto czy wieś, czy mieszkańców milion czy trzech zawsze są: kurhany nieśmiertelnych, listy poległych, pomniki złotych i srebrnych “gierojów”, moździerze i samoloty, haubice, czołgi, wyrzutnie rakiet – bohaterski demobil z zamalowaną rdzą, czekający na zalanie ropą, gdy przyjdzie czas.

Nastał sezon latającego i pełzającego “tałatajstwa”, które gryzie, kąsa, szczypie, wysysa życiodajne siły, wstrzykuje toksyny. Nastał sezon: meszek, muszek, bąków, trzmieli, os, nieznanych nam blizej skrzydlatych potworów. Nastał czas bestii – komarów. Kiedyś przyjaciel nas zapytał – “czy jesteście w stanie życ tak, żeby spakować się w 45 s. i odejść, gdzie oczy poniosą” Odpowiadamy: “Jeszcze nie, jeszcze nie jestesmy arcyprecyzyjni i szybcy jak rzymscy legioniści, stawiający warowne castrum przed zmierzchem, ale na tyle sprawni żeby ograniczyć liczbę ukąszeń do kilkunastu”.

Nad Jasną Polaną, ciągle unosi się genius loci, którym karmił się jak cukrową watą Tołstoj, który tam żył, tworzył i “dumal”. Snujemy się od drzewa do drzewa i nie dziwimy się, że powstała Wojna i Pokój, że swoją filozofią życia Lew inspirował zarówno pionierów ruchu kibucowego, Chrisa “Supertrampa” McCandlessa’a, brać hippisowską, zwolenników powrotu do natury, poszukiwaczy prawdy i Absolutu, że pod koniec życia chciał oddać swój majątek pobliskiej ludności (na co z całą stanowczością nie zgodziła się liczna rodzina), że jego monumentalna statuła w Tule co roku zbliża się do oddalonej o kilkadziesiąt metrów starej gorzelni, że leży w grobie usypanym z czarnej ziemi i obłożonym świerkowymi gałęziami, że pisał “nazywajcie rzeczy po imieniu”. Nazywamy – podróż wciąga nas co raz bardziej.

Nasze kulinarne oczekiwania wreszcie zostają spełnione. Trzeba bylo nam pojechać aż do Rep. Mari El, słynącej z potężnego szamanizmu, niekończących się sosnowych lasów, nieprzystępnych autochtonów z północy mówiących w jednym z ugro-fińskich dialektów, a przede wszystkim ze stojanek i babuszek sprzedających domowe wyroby w przydrożnych, naprędce skleconych stoiskach. Delektujemy się gorącymi pierogami: z “kartoszkami”, z zasmażaną kapustą, z jajkiem i szczypiorkiem; nadwołżańska wędzoną na ciepło rybą, o białym, delikatnym mięsie, rozpadającym się pod palcami i na językach, marynowanym czerwonym czosnkiem, solonymi w beczce pomidorami. Kompozycję dopełnia serwatka z sokiem brzoskwiniowym i czuwaskim kwasem.

Dima ma 28 lat, jest Czuwaszem, potomkiem dumnych Sarmatów, mieniących się  złotem Scytów, Hunów dzieci Attyli. DNA odciska się na wąskich ustach, trójkątnej szczęce, przypominających ziarna słonecznika oczach. Mieszka w Czeboksarach, tętniącej życiem stolicy Rep. Czuwaskiej, nad szeroką, na kilka kilometrów w tym miejscu Wołgą. Pieć lat temu Dima odbył  roczną, obowiząkową służbę wojskową w bazie atomowej w Rep. Mari El po drugiej stronie rzeki. Po 12 miesiącach był psychicznym i fizycznym wrakiem, niczym K-141 Kursk spoczywał na dnie. Zaczyna poszukiwać – joga, medytacja, lokalni szamani i uzdrowiciele. Tak trafia na Antona, 44 letniego byłego szewca, który kilka lat wcześniej umarł. Obecnie, po zmartwychwastaniu mieszka na wsi nieopodal autostrady M7 łączącej Moskwę z Kazaniem, leczy, maluje, rozwija swoje parapsychiczne zdolności, odkryte po śmierci, a za sprawą babki Polki (będącej niegdyś potężną szeptuchą) drzemiące w nim od zawsze.

Dzisiaj Dima jest uczniem Antona. Anton uczy Dime, jak się samouzdrawiać, życ prostym życiem, głęboko zanurzonym w dobrostanie, blisko natury, czerpiąc kosmiczną energię rozpiętą między niebem a ziemią. Odbywają codzienne sesje w lasach, nad jeziorami, wśród pól.

Chcemy poznać Antona. To znaczy Krzysiek chce, Iwona waha się, nie lubi samozwańczych mesjaszy. Z drugiej strony jaka okazja;  poznać doktora Wilczura, natchnionego znachora, domorosłego gawędziarza żyjącego wśród pszczół.
Jezdziemy z Dimą za miasto (ostatecznie tylko Krzysiek), około 40 min. drogi, słuchamy barda śpiewającego o “ziemi rodzącej słowiańskie dzieci”, pomarańczowa plama słońca, przypominająca wysuszony kumkwat, zanurza się w polodowcowym, silnie rzeźbionym krajobrazie, atmosfera nierealności, podszyta kiczem. Zanim spotkamy się z Antonem, zatrzymujemy się w niewielkim monastyrze, bierzemy kąpiele w lodowatej, mającej 4 st. wodzie (poznany na stacji dyspozytor gazu polecał raczej samogon “dla zdrowotności”), wypływając z cudownego, uzdrawiającego źródła, nieśpiesznie obchodzimy niewielką cerkiew na wzgórzu i miejsce modlitw.

I to właściwie tyle. O reszcie nie warto pisać. Anton okazuje się nieinteresującym, stosującym “łopatologiczne” psychotechniki rozmówcą, opowiadającym o uzdrawiającej mocy starych monet, przyjaźni z nożem, własnych bohomazach, ale przede wszystkim o kanadyjskiej firmie sprzedającej marzenia o zdrowiu i młodości. Szkoda – spodziewaliśmy się mówiącego językami świata, a spotkaliśmy sprzedawcę Amwaya, Herbalifa, kołder z merynosa, magika telezakupów.

Dima jest blady i przygarbiony, często o nieobecnym wzroku, ale czuje się lepiej, co raz lepiej, z dnia na dzień.

Jest około 22, do Kazania mamy 60 km, siedzimy w drewnianym (a w jakim innym? - toż to Rosja) szałasie, dokładnie na granicy Rep. Mari El i Rep. Tatarstanu. Parzymy kawę, rozmawiamy, czytamy, oglądamy wybuchające nad lasem fajerwerki - nad Wołgą bawią się rosyjscy nuworysze, grzebiemy przy rowerach. Chcąc uniknąć szaleństwa na drogach wjazdowych do "trzeciej stolicy" Rosji, ruszamy o 1 w nocy, oświetlając drogę wąskim snopem światła, rozkoszujemy się orzeźwiającym powietrzem. Do “Stambułu nad Wołgą” wjeżdżamy o świcie wraz z pierwszymi promieniami słońca i polewaczkami.
Miasto jest imponujące, już od rogatek widać tatarskie petro-ruble. Szerokie 8-10 pasmowe jezdnie, nowoczesne blokowiska, gigantomania, meczety i cerkwie, sportowe areny, zraszacze trawników, białe SUVy. Pierwszy raz tak mocno czujemy, że oddalamy się od tego co oswojone. Jesteśmy w parku miniatur “szejkolandii” z nutą czarnomorskiego orientu i szczyptą nadwołżańskiej zieleni.

O 7 rano, zasypiamy na parkowej ławce, za kilkadziesiąt minut obudzi nas piekące “białe słońce”.

------


After almost three weeks in the Federation we tend to generalise, looking for the wider perspective, putting up a card house - our Russia - from the details.

Dierewnia (a village): must be wooden (with some exceptions, like Oblast Kaluska), in the colour of cobalt, golden swords, turquoise, fresh grass, with richly decorated window frames. Spread along one or two roads (tracks). With public wells painted by a self-taught artist, drunk fences, hyperactive dogs, home gardens, goats and sheep feeding around. Some villages are godforsaken, dying settlements, ready to become “ghost towns” soon (7 thousand settlements have become abandoned over the previous decade), in time taken over by the nature spreading in the desert. Others are busy as anthills, with a shop (magazin) in the centre, children running around and babuszkas sitting by their houses, having their headscarves tied - but not in the “pin-up girl” fashion, babuszkas sitting: in the stairs, benches, tires, car seats, stools, simple chairs with crooked backrests.

Gorod (town, not Moscow, not Saint Petersburg, not Kazan, the one in the European part, front, remembering Wermaht). Always the same elements: main Lenin Avenue (or Dzierżyński, Marks, 9th of May, Red Army); the main square with Lenin in the centre of the urban space; remains of Kremlin - some walls, some towers, much ado about nothing; a sobor with a breathtaking iconostasis - Western European baroque looks cheap in comparison; several Orthodox Churches in which the wind is howling; Stalin buildings; endless blocks of flats - “rabbit houses”; hectares of parks; capitalism and social realism, sacral realism and street chaos, urban buzz. The bigger gorod, the higher stage of westernisation, the more money, the more like everywhere.

It doesn’t matter if that’s a town or a village; if there is a million of inhabitants or just three of them; you will always find there: a mound of the immortal, lists of the fallen, monuments of the gold or silver “gieroys”, mortars and planes, howitzers - epic army surplus, corroded but painted over, waiting for getting filled with oil, when the time comes.

The season of the flying and crawling riff-raff has become, it bites, stings, sucks the life-giving forces, injects toxins. It’s the time of: black-flies, flies, horseflies, bumblebees, wasps, and the flying monsters we’re unable to name. It’s the time of the beasts - mosquitoes. Once, a friend asked us: “Are you able to live in such a way that 45 seconds is enough to pack and leave where your eyes take you?” We answer: “Not yet, we’re still not as precise and quick as Roman legionnaires, who put up their fortified Castra before the twilight, but we’re fit enough to limit
the number of the bites to several.”

There is still genius loci over Yasnaya Polyana, the one that Tolstoy fed on like on candy floss. He lived, created and meditated there. We’re wandering from tree to tree and are not surprised, that War and Peace was written. Leo, with his life philosophy, inspired equally the pioneers of kibbutz movements, McCandless’s “Supertramp,” hippie communities, return-to-nature advocates, seekers of truth and Absolute, and he did that to such an extend that at the end of his life he wanted to give up his fortune to the local people (his numerous family did not agree to that), that his monumental statue in Tula each year gets closer to the distillery several dozen kilometres away, that he lies in a grave made of black soil covered with fir branches; and that he used to write “call a spade a spade.” We do that - the journey is puling us up more and more.

Our culinary expectations are finally met. We had to go as far as to The Mari El Republic, famous of powerful shamanism, endless forests, unapproachable natives from the north, speaking one of the Ugro-Finnish languages, but, above all, famous of babooshkas selling home-made products in the stalls built on the roadsided in a hurried manner. We feast on hot dumplings: with “hartoszki”, with fried cabbage, with egg and chive; Volga hot smoked fish with white and delicate meat that melts in the mouth, pickled red garlic, salted tomatoes in barrels. The composition is completed by whey with peach juice and Chuvash kvas.

Dima is 28, he is a Chuvash, a descendant of the proud Sarmatians glittering with gold Scythians, Huns, the children of Attila. The DNA is present in the narrow mouth, triangular jaw, eyes reminding of sunflower seeds. He lives in Czebosary, the vibrant capital of Chuvashia, by the several-kilometre wide Volga. Five years ago Dima performed the obligatory military service in Mari El Republic on the other side of the river. The 12 months turned him into a mental and physical wreck, just like the K-141 Kursk he reached the bottom. He started his searches - yoga, meditations, local shamans and healers. That is how he meets Anton, a 44 year-old former shoemaker who had died several years before. Now, after the resurrection, he lives in a village near the M7 highway connecting Moscow and Kazan, he heals, paints and develops his psychic skills he discovered after his death thanks to his Polish grandmother (who used to be a powerful healer) that has always been inside him.

Today Dima is Anton’s student. Anton learns Dima how to heal himself, live a simple life that is immersed in welfare, close to the nature, drawing cosmic energy spread between heaven and earth. They have sessions every day in forests, by the lakes and in the fields.

We wish to meet Anton. That is, Krzysiek wants that, Iwona is not sure, she dislikes self proclaimed messiahs. On the other hand - there is an opportunity to meet doctor Wilczur, a soulful healer, self-taught storyteller living with the bees.

We leave the town with Dima (eventually, only Krzysiek does), approximately 40 minutes away, we listen to the bard singing about “the ground giving birth to Slavic children,” the orange sun reminding of a dry kumquat melts with a post-glacial, strongly sculptured landscape, the atmosphere is unreal with kitschy undertones. Before we meet Anton, we stop in a small monastery, take baths in freezing water of 4 degrees Celsius (a gas dispatcher we met at the station recommended some moonshine “for health”) that comes from the miraculous spring, and then slowly we walk around the small church on the hill and the place of worship.

And that’s all, basically. The rest is not worth mentioning. Anton turns out an uninteresting interlocutor, who uses common psycho techniques, who talks about the healing power of old coins, his own daubs, but mainly - about a Canadian company selling dreams about the health and the youth. Pity - we expected to meet a person speaking the world’s languages, and we met a dealer of Amway, Herbalife, merino duvets and telemarketing magician.

Dima is pale and he slightly slouches, with often absent eyes, but he feels better, better with each day.

It is about 10 pm, we have 60 kms to Kazan, we are in a wooden (can it be any different? it’s Russia, after all) shack, right on the border between El Mari Republic and The Republic of Tatarstan. We’re brewing coffee, talking, reading, watching fireworks over the forest - the Russian nouveau riche are having fun by the Volga, we’re fiddling with the bikes. In order to miss the craziness on the roads to “the third capital” of Russia, we set on the road at 1 am, lighting our way with narrow beams of light, we’re enjoying the fresh air. We enter the “Stambul by the Volga” at sunrise, with the first rays of the sun and watering cans.

The city is impressive, Tatar petro-rubles are present from its edges. Roads which are 8-10 lines wide, modern blocks, size obsession, mosques and orthodox churches, sports arenas, lawn sprinklers, white SUVs. This is the first time we feel we’re getting away from what is familiar. We are in a miniature park “sheikland”, with a hint of the Black Sea orient and a pinch of Volga greenery.

We fall asleep at 7 am on a bench, in less then an hour we will be woken up by the burning “white sun.”