poniedziałek, 15 grudnia 2014

Jai yen (cool heart) (7 X - 13 XI)

W języku laotańskim występuje kilkadziesiąt wyrażeń odnoszących się do serca (jai): zrozumieć to "wejść do serca" (khao jai), być złym to "czuć bol w sercu" (jai hai), być drażliwym to "mieć małe serce" (jai noy), być złośliwym to "mieć kręte serce" (jai khap khaep), być odważnym to "mieć śmiałe serce" (jai ka), być żądnym zemsty to "mieć czarne serce" (jai dum), umrzeć to "mieć rozdarte serce" (jai khart), etc.

Laotańczycy mają jai yen czyli dobre, czyste serce, pozbawione zmartwień, wolne od obaw, gotowe, żeby pączkować, dzielić się na czworo dla innych. Laotańczycy Są. W Krainie Tysiąca Słoni żyje się dziś, brak abstrakcyjnych figur - nie ma przeszłości, nie ma przyszłości. Jest wieczność i jest Helios-Surja przemierzający niebo w powozie zaprzężonym w siedem koni, smaganych batem przez Arunę; jest wiatr- łagodny zefir; jest zimne Beer Lao; jest źródlana woda kapiąca ze skał, w której myją się kobiety, zasłaniające się kolorowymi, prostymi sarongami, o włosach czarnych jak sierść księżycowego niedźwiedzia i "ciemnych" spojrzeniach pantery, modliszki - ponętnych i niebezpiecznych, w które zajrzeć możesz tylko raz; jest bambus ścinany ostrymi maczetami przez mężczyzn o śniadych, gładkich niczym rzeczne kamienie skórach i mięśniach rozsadzających barki, ramiona i szerokie klatki piersiowe, jakby zerwali się z "Anatomii człowieka" Bochenka; jest Siakjamuni siedzący przez 49 dni pod humanoidalnym drzewem Bodhi,...i jest cały wiek XXI z netem, białymi SUVami, chińską rekolonizacja, backpakersami, plastykiem i ogromnymi jak radzieckie satelity antenami TV - na szczęście zepsucia ciągle niewiele.

W górach, w wioskach licznych plemion, wśród Lantenów i Hmong czasami i przez chwile można ulec majakom odkrywców, smakujących wyrafinowane etnograficzne potrawy. Choć to wszystko nieprawda i stół jest pusty od dziesiątek lat, to przyjemnie rozmarzyć się jak dzieciak i ubierając okulary Bronislawa Malinowskiego, otworzyć kajet czy inny kołonotatnik na pierwszej stronie i naskrobać "Argonauci Półwyspu Indochińskiego". Następnie zanurzyć się w opis.
Wieś ukryta w górach Namthy, pomiędzy stromymi stokami obsadzonymi oryza glutinosa i porośniętymi gęstą dżunglą, w której poluje się na dzikie świnie. Mieszkańcy przywdziewają ciemnobłękitne proste płócienne ubrania, wykończone kolorową nitką albo noszą wysokie i ciężkie czepce obwieszone brzęczącymi srebrnymi kolami. Domy to proste rattanowe chaty budowane na palach z bambusowymi lub glinianymi ścianami, gęsto zadymione od ognisk i prowizorycznych garkuchni. Przy wejściach stoją beczki wypełnione indygo. Poza autochtonami okolice zamieszkują liczne duchy, z którymi nocami w blasku ognia tańczy szaman, dzierżący prosty kij, z wymalowanym totemem i ostry końcem, ozdobionym jakby rybia łuska. W konarach niewielkiego drzewa po środku wsi kryje się pstrokata sowa, z postrzępionymi uszami: od czasu do czasu wzbija się do lotu, polując na szczury i węże. Na skraju domostw, w zakolu świętego strumienia rośnie monumentalne drzewo o rozłożystych gałęziach i piętrzących się korzeniach - axis mundi, wokół którego raz do roku, w grudniu po zbiorach ryżu odbywa się trzydniowy festiwal...

"Najwcześniejsze moje wspomnienie to zimno, śnieg i lód w rynsztoku, szron na szybach okiennych, chłód zaparowanych zielonych ścian kuchni. Dlaczego ludzie mieszkają w barbarzyńskich klimatach strefy umiarkowanej, jak się ja niesłusznie nazywa? Bo są z urodzenia idiotami, próżniakami i tchórzami. Dopiero w wieku dziesięciu lat zdałem sobie sprawę, że istnieją "cieple" kraje, cale obszary, na których nie trzeba wyciskać z siebie siódmych potów, żeby przeżyć, ani tez drżeć z zimna i udawać, że to takie krzepiące i wesołe. Wszędzie tam, gdzie jest zimno, mieszkają ludzie, którzy zaharowują się jak dzicy, a kiedy wydają potomstwo, prawią mu kazania o pracy - która jest w gruncie rzeczy tylko i wyłącznie doktryna bezwładu." (H. Miller "Zwrotnik Koziorożca")


A my co, a my się azjanizujemy. Widelczyki do ostryg zamieniliśmy na proste pałeczki, odrzuciliśmy szpilki od Louboutaina na rzecz bosych stop, Chanell no 5 i porcelanowobialą armaturę od Galassia wcisnęliśmy w niepamięć, jednocząc się z przyrodą albo studiując dość ubogi dizajn wychodków w stylu osmańskim; cztery ściany to dla nas wiezienie, my bumelujemy na hamakach i drewnianych podestach krytych strzecha. Jemy to, co lokalsi: kleisty ryz, sałatkę ze świeżego bambusa lub ze świeżej papai z chilli i limonką, nadziewane żaby, zupę z grubymi nudlami i górą zieleniny przeróżnej, grillowane mięso wiewiórek, banany, mango, bakłażany, czosnek, kanapki z bagietki (à la paryskiej), pastę z ryby, owocowe szejki, do tego smolista kawą z lodem z Płaskowyżu Bolaven albo naparstek ryżowego lao, lao szumnie zwanej "whisky", co pęta umysł niczym naddunajska, śliwkowa palinka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz